List otwarty do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta
HOMEOPATIA I PRAWA PACJENTA
CZY PACJENCI MAJĄ PRAWO ZNAĆ SKŁAD LEKU, KTÓRY PRZYJMUJĄ?
URZĄD OCHRONY KONKURENCJI I KONSUMENTÓW UNIKA
ODPOWIEDZI OD PÓŁ ROKU!
autor: Andrzej Gregosiewicz
Ze względu na to, że listy skierowane bezpośrednio do UOKiK pozostają bez odpowiedzi, przedstawiam sprawę do publicznej wiadomości i kieruję list otwarty do prezesa UOKiK.
Pani Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta
Plac Powstańców Warszawy 1, 00-950 Warszawa
Dotyczy: nieuzasadnionej zwłoki w rozpatrzeniu skargi na firmę Boiron Sp. z o.o. Skargę wysłałem w marcu 2011 roku. W październiku mija pół roku bez żadnej reakcji ze strony UOKiK.
Szanowna Pani Prezes
Ponad pół roku temu złożyłem formalną skargę na producenta (dystrybutora) „leku” homeopatycznego pod nazwą oscillococcinum. Powodem skargi był fakt, że producent wprowadza w błąd pacjentów dołączając do „leku” ulotkę z informacją, że zawiera on substancję czynną leczniczo.
Problem w tym, że oscillococcinum nie tylko nie zawiera żadnej substancji czynnej leczniczo, ale nie w ma w nim – poza cukrowym nośnikiem – żadnej innej substancji materialnej.
Wprawdzie homeopaci twierdzą, że czynnikiem terapeutycznym jest jakiś niezidentyfikowany „duchowy bodziec leczniczy” „zakodowany” w cukrowych granulkach, ale to groteskowe wyjaśnienie kojarzy się wyłącznie z magią, okultyzmem lub zjawiskami paranormalnymi, a nie medycyną opartą na dowodach.
Oczywiście, w kraju demokratycznym uzdrawianie magiczne nie jest zakazane.
Chodzi wyłącznie o to, że „lek” oscillococcinum można otrzymać w każdej aptece bez recepty, co oznacza, że
jedyną informację o składzie „leku” chory uzyskuje czytając ulotkę producenta. Ta zaś nie informuje chorego, że czynnikiem terapeutycznym jest „bodziec informacyjny”, czyli MATERIALNIE NIC (termin <materialnie> należy traktować dosłownie). Co więcej, ulotka wprowadza chorego w błąd, gdyż jest na niej wyraźnie napisane, że granulki cukrowe zawierają substancję czynną.
Wg mnie jest to świadome unikanie poinformowania konsumenta o składzie „leku”. To akurat mnie nie dziwi, skoro wiadomo, że w opakowaniu oscillococcinum znajduje się wyłącznie nośnik (cukier buraczany), a więc w istocie NIE MA NIC.
Prawdopodobnie zamieszczenie zgodnej z prawdą informacji wpłynęłoby na zmniejszenie popytu na ten „lek”, ale to w żaden sposób nie tłumaczy postępowania firmy Boiron.
Fakt, że producent postępuje niezgodnie z prawem potwierdzają polskie dokumenty państwowe oraz dyrektywa europejska.
OZNAKOWANIE „LEKU” OSCILLOCOCCINUM JEST NIEZGODNE Z:
1/ europejską dyrektywą 2001/83/WE, wg której ulotka dołączona do lekarstwa musi być zaprojektowana oraz napisana w sposób jasny i zrozumiały dla pacjenta.
2/ paragrafem 20 rozporządzenia polskiego ministra zdrowia z dnia 19 grudnia 2002 roku, które nakazuje przedstawiać informacje na ulotce w sposób zrozumiały dla użytkownika.
3/ artykułem 2 pkt 38 ustawy Prawo Farmaceutyczne z dnia 17 marca 2008 roku, gdzie zapisano, że substancja ma wyłącznie charakter materialny.
4/ oświadczeniem Głównego Inspektora Farmaceutycznego z dnia 26 sierpnia 2009, w którym czytamy, że leki nie zawierające substancji czynnej są lekami sfałszowanymi.
Byłem pewien, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, mając do rozstrzygnięcia tak prostą sprawę, niezwłocznie podejmie decyzję nakazującą producentowi właściwe oznakowanie pseudoleku o nazwie oscillococcinum lub nakaże jego wycofanie z rynku farmaceutycznego, jako produktu nie będącego lekiem. Mija jednak pół roku bez żadnej reakcji ze strony UOKiK.
W tym miejscu podkreślam, że dużo bardziej skomplikowana sprawa oskarżenia przez homeopatów Naczelnej Rady lekarskiej o nieuczciwą konkurencję, została rozstrzygnięta przez UOKiK znacznie szybciej. Dodam, że na korzyść homeopatów.
SYTUACJA BEZ WYJŚCIA?
Nie pozostaje mi nic innego jak zainteresować sprawą media. Jako lekarz uważam bowiem, że sprawa bezpieczeństwa pacjentów jest priorytetem. Mija bowiem pół roku, a producent nadal rozprowadza masowo (przez apteki) „przeciwgrypowy lek" oscillococcinum, w którym nie ma śladu żadnej substancji leczniczej.
Nadal też umieszcza na ulotce nieprawdziwą informację, że „lek” taką substancję zawiera.
O poważnych, społecznych zagrożeniach zdrowotnych związanych z nieprawidłowym oznakowaniem „leku” pisałem już pół roku temu w oficjalnym piśmie złożonym na Pani ręce.
Obecnie przypomnę krótko:
zapalenie płuc, zapalenie opon mózgowych lub nawet ostra białaczka limfoblastyczna rozpoczynają się podobnie, jak grypa lub zwykłe przeziębienie. Najpopularniejszym zaś w Polsce „lekiem”, którym rodzice „leczą” grypę lub przeziębienie u swoich dzieci jest oscillococcinum, które kupują w aptekach bez recepty.
Prof. zw. dr hab. med. Andrzej Gregosiewicz
Uniwersytet Medyczny W Lublinie
Październik, 2011