Oto historia z życia:
Ważne wiadomości zwykle przychodzą parami. Jedna jest dobra, druga zła. Tak było i w tym przypadku.
Basia kupiła cztery różne testy, żeby tym razem mieć pewność. Tuż po powrocie z wakacji udała się do lekarza i po raz pierwszy zobaczyła „zdjęcie” swojego pierwszego dziecka. Szybko zadzwoniła do męża, mamy, teściów i całej listy koleżanek. Kiedyś takie zachowanie sama uznałaby za zabawne, ale teraz nie potrafiła utrzymać tej radosnej nowiny tylko dla siebie. Kto długo czekał na dziecko wie doskonale w jakim nastroju była Basia.
Razem z mężem świętowali po późna w nocy. Basia była nawet przerażona, bo Jacek nie pozwolił jej wykonać żadnej pracy domowej. Śmiała się z tego, bo nie przypuszczała, że on potrafi zmywać naczynia. Dopiero następnego dnia przejrzała wszystkie dokumenty otrzymane od lekarza. Wycałowała wydruk z USG, potem postawiła go w ramce na kredensie jako przedstawiciela czwartego pokolenia w serii stojących zdjęć rodzinnych. Przejrzała recepty i skierowania na dodatkowe badania zapisując w kalendarzu ich terminy.
Kilka tygodni później znów była w tym samym szpitalu. Lekarz starał się być możliwie delikatny – nie pierwszy raz przekazywał informację o nowotworze. Dla Basi był to koniec świata. Godzinę później Jacek zabrał ją z szpitalnej kaplicy. Widzieli, że nowotwory są częste, ale ona miała dopiero 27 lat.
Najgorsze było oczekiwanie na wyniki kolejnych testów i badań, a w końcu na spotkanie z lekarzem prowadzącym. Onkolog długo oglądał dokumenty. Nie dlatego, żeby musiał jeszcze cokolwiek analizować. Gdyby już wówczas Basia wiedziała, że on się modlił to uznałaby go chyba za wariata. W końcu lekarz starał się delikatnie wytłumaczyć obecny stan, wysokie szanse na całkowite wyzdrowienie, możliwe terapie. Po chwili przerwy powiedział jej, że to są wystarczające przesłanki do przerwania ciąży.
Ostatnie zadanie było dla Basi najgorsze. W ciągu chwili przeszło przez jej głowę wiele myśli. Myślała o dzieciństwie, o Jacku, o tym jak się poznali, o ślubie, o marzeniach.
- Nie, nie! Tego nie zrobię! – krzyknęła.
- Rozumiem panią. Ale moim obowiązkiem jest poinformować panią o wszystkich konsekwencjach. Otóż prowadzona terapia będzie bardzo męcząca dla pani organizmu. Być może w najbliższym czasie będziemy musieli wyciąć nowotwór. Potem chemioterapia. To będzie miało wpływ na rozwój dziecka. Nie możemy mieć pewności czy pani donosi ciąże, czy dziecko urodzi się żywe i zdrowe.
- A gdybym zrezygnowała z leczenia?
- Nastąpi rozwój nowotworu, co też będzie miało wpływ na... dziecko. Nie można wykluczyć krytycznego pogorszenia się zdrowia w ciągu trzech, czterech miesięcy, jeszcze przed prodem.
Basia dobrze zapamiętała, że lekarz użył słowa „dziecko”. Może dlatego, że wcześniej ginekolog mówił tylko o „płodzie”. Po kolejnej konsultacji z lekarzem zdecydowano się na ostrożne leczenie, tak aby przeżyło dziecko.
Basia czuła silne wsparcie Jacka, ale widziała jak z tygodnia na tydzień przybywa mu siwych włosów. Zastanawiała się jak on sobie poradzi z dzieckiem, gdy jej już nie będzie. Jak była sam płakała. Żal jej było, że nie zobaczy jak dziecko rośnie, nie usłyszy tak oczekiwanego słowa „mama”.
Konieczna była amputacja piersi. Chemioterapia niszczyła raka i piękną kobietę.
Tuż przed cesarskim cięciem Basia i Jacek stali w oknie szpitala na Karowej. W dali widzieli kościół Św. Anny, w którym brali ślub. Ile się zmieniło od tego czasu. Dzwony biły południe. Pierwszy raz wspólnie się modlili odmawiając Anioł Pański.
Ania dostała 10 punktów. Urodziła się zdrowa. Terapia Basi trwa dalej....
[imiona bohaterów zmienione]